Perspektywa

Ciepło… otula mnie, jak koc. W oddali słyszę ciche śmiechy oraz szum fal rozbijających się o brzeg. Otwieram oczy i widzę błękitne, czyste niebo. Znów opuszczam powieki by, lepiej czuć na skórze gorące powietrze. Jest cudownie i błogo, ocean mnie usypia. Nagle z oddali do moich uszu dobiega huk. Nic nie szkodzi, nie przeszkodzi mi to w tym momencie.

BUM! – i tak co chwilę. Chyba jednak przeszkodzi. Znów otwieram oczy, ale tym razem błękitne niebo zastępuje biały sufit mojej sypialni. Sięgam ręką pod poduszkę i wyciągam telefon. Sprawdzam godzinę – 6:30. Wygląda na to, że dzieci sąsiadów już rozpoczęły swój dzień, a ja niestety wraz z nimi. Próbuję znów zasnąć, więc wracam myślami do tego cudownego miejsca, z którego przed chwilą mnie wyrwano, ale niestety nie jest mi dane znów się w nim znaleźć. Dzieciaki na dobre się rozszalały, więc podnoszę się powoli. Jestem zirytowana, ten scenariusz powtarza się każdego dnia od miesięcy… nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Opuszczam nogi na podłogę i czuję na stopach jej chłód – wzdrygam się. Przesuwam nimi po omacku w poszukiwaniu kapci. Podnoszę się, zakładam szlafrok i powolnym krokiem poddenerwowana, w akompaniamencie stuków, krzyków i pisków idę do kuchni, żeby zrobić sobie kawę. Nigdzie nie ma mojego ulubionego kubka. Szukam go chwilę i okazuje się, że stoi na najwyższej półce… znowu. Tyle razy prosiłam i tłumaczyłam, że tam nie sięgam. Biorę stołek i zaspana, niezgrabnie wchodzę na niego przez chwilę się chwiejąc, by wyjąć z szafki mój kubek. Zalewam kawę gorącą wodą i mlekiem. Biorę pierwszy łyk, potem drugi i trzeci. Po chwili czuję, jak energia zaczyna powoli napływać do moich kończyn i głowy. Niestety wraz z energią nasila się irytacja. Irytacja na nieustający hałas, na niewyspanie, na kubek zbyt wysoko by go sięgnąć, na to że musiałam znów wspinać się na stołek.

Kończę poranne rytuały i wychodzę do pracy. Schodzę trzy piętra w dół, po drodze mijając rozbiegane i rozkrzyczane dzieciaki, dzięki którym nareszcie spełniam swoje postanowienie o wcześniejszym wstawaniu. Otwieram drzwi do klatki i ostatni raz sprawdzam, czy wszystko mam. Nie mam. Zapomniałam telefonu służbowego. Leży podłączony do ładowarki przy łóżku. Wracam trzy piętra w górę. Stary blok, nie ma windy. Pod koniec drogi na górę czuję każdy mięsień w nogach a wraz z nimi zmęczenie i kolejną falę irytacji. Złość na swoje zapominalstwo, które zmusiło mnie do biegania po schodach więcej niż to konieczne. Znowu zbiegam na dół. Tym razem upewniłam się przed wyjściem z mieszkania, że mam wszystko co powinnam. Na dworze jest zimno. Pana śnieg i wieje silny wiatr, chodniki są nieodśnieżone, więc powolnie przebijam się przez grubą warstwę śniegu. Czuję, jak trochę białego puchu wpada mi do buta. Jest mi zimno i mokro – źle. Docieram do przystanku – chciała bym się schować przed zimnym wiatrem i śniegiem, ale pod wiatę nie wciśnie się już nawet zapałka. Stoję więc z boku, próbując, jak najszczelniej owinąć się szalikiem i czapką. Po 10 minutach trwających wieczność podjeżdża autobus. Wypełniony po brzegi. Wysiada jedna osoba, na jej miejsce wraz ze mną wsiada pięć. Przeciskam się w poszukiwaniu odrobiny miejsca, ale nic z tego. Udaje mi się ujść jakieś cztery kroki i blokuje mnie tłum. Stoimy wszyscy ściśnięci, jak sardynki. Wszyscy posępni, wszyscy zmarznięci.

W pracy, jak zawsze – sto nieodczytanych maili, telefon urywający się od ósmej zero jeden i współpracownicy od ósmej zero dwa dobijający się do drzwi w najróżniejszych sprawach. Odbieram telefony i tłumaczę po raz setny to samo. Odpisuję na maile… znowu takie same. Przecież wczoraj już to tłumaczyłam – irytacja.

Rozlega się pukanie do drzwi i po chwili wchodzi koleżanka z działu obsługi klienta.

  • Czy mogłabyś mnie wesprzeć? Mam trudnego klienta, który żąda rozmowy z kierownikiem. Próbowałam mu tłumaczyć, ale tylko na mnie krzyczy.
  • Jasne, zaraz do Ciebie podejdę.

Biorę trzy głębokie wdechy i szykuję się na dawkę miłych słów, wypowiedzianych uprzejmym tonem. Prostuję się, poprawiam koszulę i wychodzę z gabinetu, by porozmawiać z niezadowolonym klientem. Po otrzymaniu porcji krzyków po każdej próbie rozwiązania problemu, osiągamy z klientem consensus. Wracam do gabinetu i mimowolnie zerkam w prawo, przez oszklone drzwi na ogromne płatki śniegu padające na długie i strome schody prowadzące do naszego wejścia oraz drobną kobietę na wózku, która stoi pod schodami i patrzy w moją stronę. Wychodzę na zewnątrz.

  • Dzień dobry, czeka Pani na kogoś, czy chciałaby Pani wejść do nas?
  • Dzień dobry, jestem dziś u Państwa umówiona, ale niestety napotkałam przeszkodę.
  • Podjazd dla wózków jest z drugiej strony budynku, tu ma Pani oznaczenie, proszę dać mi chwilkę – zaraz tam Panią zaprowadzę. Wypowiadając te słowa zerkam na tabliczkę nawigacyjną, informującą o podjeździe, ale niewiele z niej odczytuję, ponieważ jest w większości pokryta śniegiem, gdyż zarządca budynku jeszcze nie zdążył jej po nocy oczyścić.
  • Bardzo Pani dziękuję, stoję tu już kilka minut i zaczynałam się obawiać, że nie uda mi się do Państwa dostać na czas.

Po zaprowadzeniu nieznajomej do miejsca gdzie może wygodnie dostać się do budynku wracam do gabinetu. Siadam przy biurku i przypominam sobie dotychczasowy przebieg dnia. Zastanawiam się, jak by wyglądał gdybym była w innej sytuacji niż jestem teraz. Gdybym rano nie słyszała krzyków rozbawionych dzieci, bo bym straciła słuch. Co zrobiła bym z mieszkaniem na trzecim piętrze bez windy, gdybym nagle uległa wypadkowi i więcej nie mogła chodzić. Jak sięgnęła bym mój ulubiony kubek, który teraz nie musiał by pewnie nawet stać na najwyższej półce. Jak bym się dostała do przystanku autobusowego na wózku przy tak grubej warstwie śniegu. Jak mokre były by moje stopy od brodzenia w zaspie na chodniku, gdybym nie czuła, że mam buty pełne śniegu. O której godzinie musiała bym wstawać, żeby dotrzeć na autobus, do którego zmieszczę się wraz z moim wózkiem – przed godzinami porannego szczytu. Zapewne w okolicach 6:30.. może wcześniej.

Ciepło.. otula mnie, jak koc a w oddali słyszę ciche śmiechy i szum fal rozbijających się o brzeg. Nagle do moich uszu z oddali dociera huk. Raz, drugi, trzeci. Otwieram oczy, a nade mną biały sufit mojej sypialni. Dzieciaki zaczęły dzień. Zerkam na telefon, jest 6:30 – jak zawsze. Uśmiecham się na dźwięk głośnego i dźwięcznego śmiechu jednego z maluchów.

Nie wyobrażam sobie nawet, jak ogromnym hartem ducha, siłą i wolą walki muszą na co dzień wykazywać się osoby z niepełnosprawnościami. Nawet żyjąc w dużych miastach nieustannie muszą zmagać się z nieprzystosowaną dla nich infrastrukturą miejską i obojętnością społeczeństwa. O małych miejscowościach i wsiach nie wspomnę. W podobnych chwilach doceniam to, jak bardzo uprzywilejowana jestem mając pełnię zdrowia i jak bardzo błahe są moje codziennie „problemy”. Przygotowanie miast i wsi dla osób z niepełnosprawnościami niestety ciągle pozostawia wiele do życzenia i jeszcze długa droga przed nami, zanim się to na dobre zmieni. Widząc osobę, która może potrzebować wsparcia, nie bądźmy obojętni – zaoferujmy swoją pomoc.

Maja Parafianowicz, Redaktor Bloga Work 4 Life, wolontariusz

Poprzedni Niepełnosprawność – słabość czy ogromna moc?

Zostaw komentarz